Sunday, 23 December 2007

koniec epoki wodnego kamienia

christmas temp konczy swa temporary job w Waterstone's.
Bylo fajnie - duzo emocji i stresow - ale ogolnie supersprawa.
Napisze wiecej, jak odpoczne - jutro czeka mnie jeszcze - podobno masakra i apokalipsa w jednym - praca w Wigilie - na popoludniowa zmiane - konczymy o 21.00.

Wesolych Swiat!



smy zmontowali - znaczy sie Robert - ja sluzylam duchowym wsparciem i materialem fotograficznym (takoz Robert i Piotrek).

Muzyka z filmu Trainspotting - nakreconego wg ksiazki Irwina Welsha. Akcja ksiazki rozgrywa sie pierwotnie w Edynburguu - w Leith konkretnie - ktore ostatnio opuscilismy na rzecz centrum miasta ;) Akcje filmu przeniesiono do Glasgow, bo wladze E. nie zgodzily sie na szarganie dobrego imienia miasta w narkotykowym widzie.
cheers! ;)
My oczywiscie tez propagujemy trzezwosc - jakby ktos mial watpliwosci.

W sumie swieta typowe i nietypowe - jak zyczenia.

Thursday, 22 November 2007

nowa praca

pracuje w ksiegarni - do 5.01 jestem zatrudniona jako bookseller - czuje sie rzucona na gleoboka wode, ale dopoki mnie sami nie wywala to nie zrezygnuje. Ksiegarnia nalezy do sieci Waterstone's i jest najwieksza w Edynburgu. Miesci sie na zachodnim krancu glownej ulicy Princes Street, ktory nazywaja tu West End.
Musze wykonywac rozne obowiazki - na razie jestem na poziomie -1 w dziale tzw. akademickim, ale czasami wlos sie jezy na glowie, jak widze, jakie ksiazki musze wpychac na polke ;) Oprocz Academic i Popular Science jest Business, Languages i Foreign Languages, Psychlogia, Socjologia, Filozofia, Religia i Historia Naturalna, a takze moj ulubiony dzial czyli Mind Body and Spirit - a mowic wprost pol sciany zastawione new age'owa, slicznie wydana tandeta. W poddziale medytacje znalazlam np. Medytacje Marka Aureliusza, a w dziale Socjologia Kapuscinskiego - Futbolowa wojne (nikt mnie nie sluchal, ze to non-fiction i reportaz wojenny, dobrze, ze i tak nie bylo w sporcie ;) i Czechowa (!) notatki z podrozy na wyspe Sachalin.
Moje zadanie to sprzedaz ksiazek - czyli obsluga kasy - szok - od razu pierwszego dnia mnie tam postawili, zgodnie z dewiza - trening czyni mistrza. Mialam rozne wpadki, ale wszyscy mowia "don't worry about that" - mam nadzieje, ze niedlugo nabiore pewnosci w tej dzialalnosci. Kolejny obowiazek to wyszukiwanie w bazie danych ksiazek, autorow itd. Wyobrazcie sobie, ze przychodzi facet i belkocze dwa slowa - z ktorych jedno brzmi jak water, a drugie jak diving i co? Chodzilo o rozdzkarstwo - water divination - szukanie zrodel wody z patykiem - super. W koncu zrozumialam, o co co mu chodzi - ale ksiazek o patykach nie bylo. Powiedzialam to Sian - dziewczynie, ktora ma mnie wprowadzac w arkana ksiegarstwa i sie mna opiekowac, a tymczasem troche mnie olewa - a ona wzruszyla ramionami i powiedziala: - Phi, caly dzien leje, a ten jeszcze szuka wody.
Lepiej troche sie czulam przy polce Drama - spytana pani powiedziala, ze szuka Komedii omylek (podziekowania dla Pana Slobodzianka za zmuszenie nas do lektury znacznej czesci szuk Szekspira) - niestety na West End - czyli u nas tego nie bylo, ale odnalazlam w bazie danych, ze maja jeszcze jeden egzemplarz na pobliskiej George Street. Sukces!
Albo przychodzi facet i tez cos belkocze, nie rozumiem tytulu, wiec prosze o autora - on nie zna autora, wiec tytul wpisuje na chybil trafil, co mi sie wydaje, ze powiedzial - hot commodities (nawet nie wiem, co to znaczy - ale, ze dawnymi czasy lubilam spelowac - uklon dla tych, ktorych to wkurzalo - to sie nauczylam ortografii). No i hot commodities sie znalazlo w dziale biznes.
Tancze na cienkiej linie nad przepascia.
Ale ogolnie praca jest ciekawa, choc bardzo stresujaca.
Jako, ze dzis i jutro mam wolne, czyli tzw. offy, to wczoraj leczylam sie tym edynburskim produktem.

Saturday, 17 November 2007

praca

jak chcecie miec wyobrazenie o pracy w the Dome - to obejrzyjcie sobie "Zaklęte rewiry" z mlodym Kondratem (sam z siebie film warty uwagi). Nie zapomnijcie tylko wlaczyc przyspieszonych obrotow.
Czesc i strzalka ide dogorywac.

Friday, 16 November 2007

Water of Leith


Prawie u nas za domem plynie glowna i najwieksza (nie jest imponujacych rozmiarow) rzeka w Edynburgu. Wzdluz jej brzegow ciagnie sie sciezka spacerowa prowadzaca az do portu w Leith. A tak wyglada niedaleko nas.

Formalnosci ciag dalszy

Niestety na poczatku, radosc z zarobionych pieniedzy przeslania fakt, ze 90 GBP trzeba wyszarpac na WRS (Work Register Scheme) czyli rejestracje w Home Office. Trzeba to uczynic w ciagu miesiaca od podjecia pierwszej pracy - bo po miesiacu niezarejestrowany pracownik staje sie pracownikiem nielegalnym. Razem z wnioskiem trzeba tez wyslac paszport i dwa zdjecia. Przyjemnosc oplaty zarezerwowana jest dla przybyszy z Polski, Slowacji, Litwy, Lotwy, Estonii i Czech. Dziekujemy!
Wczoraj tez poszlam do banku (Royal Bank of Scotland) otworzyc konto - dopoki go nie mam agencja bedzie placic mi czekami.
Dzis ide do The Dome

Mandy jest gUpia

Musialam to napisac i juz mi lepiej - zwykle do tej pory sprawy w agencji zalatwialam z Rachel - ale od wszystkich slyszalam: Mandy to' Mandy tamto. Mandy - no coz - potraktowala mnie, jak z pewnoscia niektorzy jej rodacy traktowali ludzi w spodnicach z trawy, z bizuteria z ludzkich kosci w nosie. Koniec. kropka.

Wednesday, 14 November 2007

Koko is back

Koko wlasnie wrocilo z pracy. Trzeci dzien. Nie bylo zle.

W poniedzialek zerwalam sie - nawet nie bladym switem - bo to nie musialoby byc takie zle - w poniedzialek zerwalam sie czarnym switem i wyruszylam (odprowadzajac Roberta do autobusu na lotnisko). Oczywiscie bylam na miejscu za wczesnie - ale wiadomo - lepiej wczesnie niz pozno. Powoli ze wszystkich stron zaczely sie schodzic towrzyszki - w sumie bylo nas 4 - oprocz mnie 2 Polki: Monika i Lucyna i Slowaczka Andrea. Ze wzgledu na Andree rozmawialysmy caly czas po angielsku - a mialysmy duzo czasu na rozmowy, bo choc powiedziano nam, ze mamy byc o 6.45 przed biurem - menedzer o imieniu Alistair przyjechal o 7.15. Z czarnego samochodu wygladala tylko jego ptasia lysa glowa z haczykowatym nosem - wiec nie bylo mi do smiechu - zwlaszcza, ze juz widzialam w wyobrazni jak przenosze talerze zgrabialymi, po polgodzinnym staniu w zimnie, rekami - czerwonymi jak u Wokulskiego po Syberii.
Pojechalismy do Ratho Centre , gdzie Sky TV prala mozgi swoim pracownikom majacym sprzedawac pakiety programow czy cos takiego. Kiedy weszlam tam z czystymi szklankami chodzili w kolko przy muzyce - a prowadzacy przez mikrofon mowil im, jaki to wspanialy produkt maja do zaoferowania. Nasza praca polegala na podawaniu kawy, herbaty, przekasek - na zasadzie szwedzkiego bufetu - wiec raczej nie bylo to trudne. W miedzyczasie poznalam dzialanie przemyslowej zmywarki, ktora wyparza naczynia w 5 minut i ogolnie - Edynburg od kuchni.
Ale bardzo dobrze mi sie z dziewczynami pracowalo. Wtorek byl kolejnym dniem szkolenia - ale na pietrze nie bylysmy juz same z nasza Sky TV - bo impreze mialo tez TESCO prezentujac na swojego rodzaju targach produkty pt. "dobre, bo szkockie". Naszym faworytem zostal pan (dosc przystojny) ze stoiska z kartoflami. Stal jak przyklejony do swojego stanowiska i po prostu byl - kartofle tez. Po zakonczonych targach podarowano nam niektore produkty - ale mimo sympatii do prezentera nikt sie nie polasil na worki kartofli. Za to dostalam zgrabna kosmetyczke, ktora, jak sie okazalo - zawierala maslo i zestaw jogurtow.
TESCO tez obslugiwala nasza firma mialam wiec okazje poznac inne osoby - miedzy innymi Natalie z Argentyny, z ktora pracowalam dzis na wyscigach i dwie Chinki. Jedna znaczna czesc czasu - domniemuje, ze przerwy - spedzila w naszym "biurze" spiac na kupce plaszczy, z glowa na plastikowej torbie, chrapiac.

Dzisiejsze wyscigi to impreza nauczycieli z regionu East Lothian - oczywiscie w kuluarach nie obylo sie bez rozmow pt. "za czyje to pieniadze?" - wiadomo Councilu - czyli lokalnych wladz. Pytanie zadawala Pat - nasza dzisiejsza "kierowniczka zmiany" - przemila siwa Szkotka ok. 60 - niestety polowy z jej przemow nie zrozumialam. Zrozumialam za to jej "We're only human", kiedy zbilam dwie filizanki. Pierwsze i ostatnie, mam nadzieje.
Trzecia kelnerka byla Hiszpanka- ktora nazywala sie oczywiscie Maria Gonzalez i zabrala mi koszule. Na serio to mialysmy sie przebrac w dostarczone przez firme czarne koszule, na to czarne kelnerskie fartuchy i czerwone krawaty. Maria na pierwszy rzut oka rozmiar L - po prostu bardzo wysoka - wbila sie w S, a ja powiewalam rekawami eLki, bo nikomu nie chcialo sie juz 1000 razy przebierac.
Pat zostawila nas same i pojechala nadzorowac nastepna impreze na Zamku.
No i pozwolila nam zabrac do domu drogocenne kanapki, ktorych nie zmogli nauczyciele. Council widocznie ma duzo pieniedzy - albo dba o swoich pracownikow - albo jedno i drugie.
A dziewczyny z mojej wczorajszej zmiany pracowaly dzis na rozdaniu nagrod muzycznych Radia Forth

Sunday, 11 November 2007

Praca


Juto ide zarabiac pierwsze funty - chyba, ze zawroca mnie od razu z powodu plisowanych spodni - nienawidze prasowania, a w muszce wygladam jak klaun Koko.
Zdjecie stad

11 listopada



To w UK Rememberance Day - Dzien Pamieci. Juz od poczatku listopada niektorzy nosza wpiete w klapy plaszczy i kurtek sztuczne maki, poniewaz inna nazwa tego dnia to Poppy Day. Kwiat jest symbolem pamieci i udzialu w kwescie na rzecz ofiar wojen, kombatantow i weteranow. Pierwsze rozdano w 1921; inspiracja byl wiersz Johna McCrae "Na polach Flandrii", opisujacy miejsce krwawej bitwy z I wojny swiatowej

"In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses row on row"


Przy pomnikach bohaterow wojennych i cmentarzach odbywaja sie uroczystosci upamietniajace poleglych.

Zdjecie i informacje pochodza z oficjalnej strony organizacji prowadzacej kweste
www.poppy.org.uk

Wiewiorki




Mnostwo jest szarych wiewiorek. Widac je z okna w kuchni, jak rano biegaja po trawniku za domem.
W Ogrodzie Botanicznym widzialam dzisiaj, jak robily zapasy zakopujac fistaszki. Potem biegly do dzieci po nowe i wracajac do schowka patrzyly bezradnie, jak ich zapasy wygrzebuja wrony.
Ale wiewiorki i tak wygladaja na dobrze odzywione

Saturday, 10 November 2007

Babel

Nie ukrywam, ze mam czasem problem z dogadaniem sie z co poniektorymi osobami tutaj. Ale w dniu wczorajszym miala miejsce historyjka taka: latalam miedzy agencja pracy a roznymi innymi miejscami i w pewnym momencie zaistniala koniecznosc przefaxowania dokumentow - zagadnieta na Grassmarket kobieta potwierdzila moje podejrzenia, ze czesto "male sklepiki" dysponuja faxami. Poszlam wiec do takiego i spytalam czlowieka za kasa, czy ma fax - odpowiedzial przeciagle yes - szczesliwa zaczelam na ladzie chlodniczej przygotowywac dokumenty - on caly czas przygladal mi sie zza kasy - po czym podalam mu papiery i numer faxu (napisany zreszta na odwrocie biletu do muzeum w Nesseberze - Bulgaria) z prosba o wyslanie. Pan przewertowal kartki, wczytal sie w tekst na pierwszej - potwierdzenie zatrudnienia - po czym z bezbrzeznym zdziwieniem spytal sie mnie "why are you giving me this?"
Szlam potem po ulicy i zastanawialam sie, jak zrozumial moje pytanie i jak surrealistyczna sytuacja to byla dla tego Pakistanczyka.

Mieszkanie - kolejna odslona

Wyglada na to, ze slabo trzymalismy/scie kciuki - bo z salonow na Dalkeith - nici. Agenci nieruchomosci trzymali nas w niepewnosci - az w koncu stwierdzili, ze wlascicielka sprzedaje mieszkanie - byc moze - moim zdaniem bluffowali - ale nie chce mi sie wchodzic w dociekania o naturze tegoz bluffu.
Wyglada na to, ze mamy jednak mieszkanie - choc ja nie uwierze dopoki nie poloze sie we wlasnym lozku w pokoju dowolnego rozmiaru (bowiem o przestrzen zyciowa byla awantura lub ostre negocjacje jak kto woli - salomonowym wyrokiem bedziemy sie zmieniac).
Minusem mieszkania moze byc to, ze nikt z przyszlych mieszkancow nie umie poprawnie wymowic nazwy ulicy, przy ktorej ono sie znajduje: Buccleuch Street - wszelkie sugestie mile widziane. W Internecie znalazlam porady, co do wymawiania szkockich nazw i tam wsrod innych wskazowek, co do wymowy jest i Buccleuch
Byc moze jest to plusem, bo zaoszczedzimy na taksowkach - ale tak naprawde jest to wspaniala lokalizacja w centrum miasta. Schody jak do sredniowiecznej wiezy.

Thursday, 8 November 2007

Guy Fawkes Day



Przez te wszystkie kluczowe, zyciowe sprawy umknal mi Dzien Guya Fawkesa - wbrew czytance z liceum "remember, remember the 5th of November..." Jednak pamietam tyle, ze Guy Fawkes przywodca spisku prochowego chcial wysadzic parlament w powietrze. Jego niecne zakusy zostaly udaremnione, a na pamiatke tego wydarzenia co roku organizuje sie ogniska i pokazy fajerwerkow, przy okazji palac tez kukle samego Fawkesa.
Z tego, co bylo widac niecierpliwi zaczeli odpalac fajerwerki juz w piatek, choc swieto wypadalo w poniedzialek i w sumie przez caly weekend okolice wieczorami oswietlaly wybuchy sztucznych ogni.
Widzialam wielce zachecajaco zdjecie z obchodow tego dnia w Edynburgu z poprzednich lat - ale okazalo sie, ze mam prace domowa do odrobienia, wiec zostalam w domu. Nie wiem, wiec czy bylo tak jak powyzej - zdjecie ze strony www.centralwings.pl
Ale na Sylwestra tez sie szykuje niezla impreza, wiec bedzie jeszcze okazja zobaczyc ognie nad zamkiem. (A propos - okazalo sie, ze zamek stoi na dawno, dawno wygaslym wulkanie)

Odezwa


Trzymajcie kciuki za jasna przyszlosc. Czekam na odpowiedzi - a wlasciwie na jedna najwazniejsza w sprawie pracy. Jak nie wyjdzie to inwestuje 4GBP w muszke - tak, tak MUSZKE - taka pod szyje i ide jako kelnerka na roznego rodzaju imprezy. Moze byc ciekawie, zwlaszcza, ze wczoraj bylam na szkoleniu z talerzami i plastikowa zywnoscia. Pani stwierdzila, ze z prawdziwa powinno byc latwiej, bo tak nie podskakuje. Razem ze mna siedzial Sven - niemiecki student marketingu i zarzadzania - szczerze podziwialam Marthe - ktora bezblednie rozumiala, co probujemy wyrazic naszymi akcentami i skladnia.
Ale to agencja, ktora "jedzie" glownie na cudzoziemcach. W ulotce informacyjnej, ktora dostalismy napisali "nie zapomnij dac nam znac, ze wracasz do swojego kraju".

Public house Victoria

W zeszla sobote odwiedzilismy public house - czyli pub. Leith Walk jest naszpikowane lokalami roznej masci - w niektorych dominuje nastroj dancingu, ale nam udalo sie znalezc mile miejsce z fajna muzyka. No i nie bylo napalone - nie mozna palic - kto chce palic musi - bez wzgledu na glebokosc dekoltu i krotkosc rekawow kulic sie przed wejsciem.
W Wielkiej Brytanii wlasnie odbyl sie proces pierwszego wlasciciela pubu, ktory zlekcewazyl przepis i ostro wystepuje przeciwko - zalozyl nawet partie "Fight Against Government Supression". Sad nalozyl na niego grzywne 500 GBP, a dodatkowo obciazyl kosztami procesu - 2000 GBP. Pub nazywa sie Happy Scots.
Wlasciciel juz nie tak bardzo happy oswiadczyl jednak, ze zadnych pieniedzy nie zaplaci.

Mieszkanie


Co do stacjonarnego trybu zycia i osiedlenia sie - to jestesmy na etapie intensywnych poszukiwan. Ogladalismy jedno mieszkanie - ktore wydalo sie wymarzone (nie zmienia tego fakt, ze jak podaje Record PM ostatnio w godzinach nocnych nagi mezczyzna biegal w okolicach Dalkeith Road wlasnie i zaczepial 18-latke). Gdy tylko wyrazilismy swoje zainteresowanie mieszkaniem i poinformowalismy agencje o checi wynajecia pojawily sie problemy. Dostalismy formularze, w ktorym trzeba sie niemal wykazac rodowodem i niepokalana opinie o sobie potwierdzic referencjami - Robert mowi "konkurs swiadectw" i cos w tym jest. W kazdym razie zlozylismy swoje dokumenty w poniedzialek i czekamy na decyzje wlascicielki, ktorej agencja przekazal papiery. W tzw, miedzyczasie idziemy ogladac kolejne dwa.

Na zdjeciu calkiem inne mieszkanie na Argyle Place - w odleglosci dwoch metrow od wspanialego parku i 50 od centrum i starego miasta. Niestety, jednym z minusow sa pojedyncze okna - tzw. podwojne - czyli double glazed to nie standard tutaj i moze bardzo wiac. Mozliwosci wiatru widac bylo wczoraj i przedwczoraj - wszystkie liscie z Leith spotkaly sie chyba nad morzem, bo tabunami przemierzaly ulice w tamtym kierunku.

Praca

Niektorzy mysla, ze praca i pieniadze leza tutaj na ulicy - no prawie.
Ostatnio, w zaulku przy glownej i reprezentacyjnej ulicy - Princes Street rozlozyl sie targ, gdzie sprzedawano potrawy, specjalnosci z roznych stron swiata. Byla francuska zupa cebulowa, ktorej sprzedawcy wygladali troche jak handlarze cebuli w Allo Allo, byly wielkie patelnie hiszpanskiej paelli i stoiska ze smierdzacymi serami i podejrzanymi kielbasami.
Ja szlam swoja zwyczajowa droga od sklepu do knajpy zostawiajac formularze i biorac nowe - a ze to wyczerpujace zajecie pozwolilam sobie na zakup kebaba. Uprzejmy pan spytal sie, co porabiam i skad jestem - odpowiedzialam zgodnie z prawda, ze jestem Polka szukajaca pracy. Na co zaswiecily sie jego tureckie oczy i powiedzial - poczekaj i reka wskazal mi miejsce, gdzie mialam stanac i przygladac sie, co robi jego towarzyszka: kasowala ludzi na 2 funty i podgrzewala gotowe placki na wielkiej patelni, po czym podawala to panu, ktory wypelnial je farszem. - Zobacz, co ona robi - tylko zbiera pieniadze. Myslami wybieglam juz w przyszlosc i zobaczylam siebie stojaca, w czepku na glowie, podgrzewajaca placki za 2 funty.
Pan - jak sie okazalo - Mustafa zrobil sobie przerwe i usiedlismy na lawce w pobliskiej Rose Street. Tam roztoczyl przede mna wizje pracy. Otoz mieszka w Yorku i jezdzi po calej Anglii i Szkocji odwiedzajac takie targi - to w weekendy, w tygodniu prowadzi restauracje i piekarnie - szuka kogos, kto zastapilby jego zone, z ktora pracuje teraz (Angielka, malzenstwo od 15 lat - poznali sie na Kos, gdzie Mustafa organizowal jednodniowe rejsy do Bodrum - no i z jednodniowej wycieczki zrobila sie wyprawa na cale zycie). Zatrudnionej osobie oferuje pokoj w swoim domu i zakwaterowanie podczas wyjazdow na rozne targi. Stwierdzil, ze wierzy w przeznaczenie i szuka kogos takiego jak ja. Mysle, ze byla to uczciwa propozycja, bez zadnych podtekstow. Po krotkim namysle stwierdzilam, ze wole jednak prowadzic stacjonarny tryb zycia w Edynburgu.

Saturday, 3 November 2007

Legalna blondynka (no moze nie do konca)

Dostalam NIN!!! - wlasnie przed chwila wpadl przez dziure w drzwiach - zapakowany w koperte o kolorze kawy z mlekiem - czyli tzw. szary papier - teraz czekam jeszcze na karte z wybitym numerem - moze to zabrac od 6 do 8 tygodni - mam nadzieje, ze jak mowi Frank przyjdzie za kolejne 2 tygodnie - bo nie usmiecha mi sie polowac na Pana Islama - wlasciciela mieszkania - na poczatku grudnia mamy przeciez sie przeprowadzic.

A na Broughton Road caly czas przychodza listy do poprzednich lokatorow - wyglada na to, ze mieszkaly ich tu legiony - roznych narodowosci - wlacznie z Alexis Aguilera i Norbertem Takacsem.

Wednesday, 31 October 2007

Halloween

Dzis Halloween - w koncu kulminacja, do ktorej przygotowywano sie juz od poczatkow pazdziernika zdobiac sklepy pajakami i czaszkami, wypiekajac paczki pokryte niby pajeczyna i stawiajac wszedzie wykrojone na ksztalt twarzy dynie.
Record PM pisze, ze policja zwraca sie do rodzicow z prosba o nieubieranie dzieci w zbyt przerazajace stroje - podobno w poprzednich latach byla czesto wzywana do przestraszonych starszych ludzi atakowanych w swych domach przez duchy i gobliny w przescieradlach; stwory domagaly sie slodyczy.
Zobaczymy, co sie bedzie dzialo.

Pare godzin pozniej

Okolo 18.30 do drzwi zapukaly dwa nastoletnie koty - niesmialo mowiac trick or treat - Frank poczestowal je batonikami.
Za oknem trwalo quiet neighbourhood - jak powiedzial taksowkarz odwozacy kiedys wieczorem Franka do domu - Rosebank Cemetary.
Co sie dzialo w mieszkaniu mozna zobczyc u Roberta

Sunday, 28 October 2007

Ateny Polnocy


Takaz to nazwe nosi Edynburg - jesli chodzi o wizualne porownanie to nie znajduje podstaw do wymieniania tych miast obok siebie - no niby, ze polozone na wzgorzach - a Leith to port jak Pireus. Byc moze - ciekawe sa te porowanania miast - Wenecja Polnocy np - dlaczego nikt nie mowi Petersburg Poludnia albo Edynburg Poludnia?
A ze kazde porzadne Ateny musza miec swoj Partenon to taki zaczeto budowac na Calton Hill - jako narodowy monument poswiecony Szkotom poleglym w wojnach napoleonskich. Ale nigdy nie skonczono.
p.s. Pogoda jak widac jest caly czas swietna - wiatr urywa glowe tylko troche.

Friday, 26 October 2007

ECA





Ten skrot nie mowil mi nic - az do dzisiaj - ECA to Edynburg College of Art - ktory wlasnie (powinnam napisac "otworzyl swoje podwoje" - ale na serio i na trzezwo nie da rady, wiec napisze inaczej) zorganizowal dzien otwarty.
Zaraz przy wejsciu do - neoklasycystycznego - jakzeby inaczej - budynku kazdy dostawal od ubranej w rozowa koszulke osoby z obslugi - pakiet startowy- w reklamowce byl plan dnia - mapka uczelni, bardzo porzadnie zaprojektowany folder szkoly i vouchery na kawe w kantynie. W duzej sali zorganizowano stanowiska informacyjne roznych kierunkow - Tkanina, Projektowanie Graficzne, Ilustracja, Fotografia, Malarstwo itp. Mozna bylo dolaczyc do przewodnika/przewodniczki, ktory prowadzil do wybranych wydzialow.
Pracownie sa swietnie urzadzone i zaplanowane - kazdy ma duza przestrzen do pracy, ktora moze zagospodarowac wedle swoich potrzeb - stanowiska sa przypisane do danych osob. Oczywiscie - jesli komputery - to wszyscy pracuja na Macach - a przez wielkie okna widza zamek. Bardzo fajna ta szkola. Moze uzbierac na cos?

Targi pracy


byl kiedys taki film dokumentalny o 2 emigrantach z Polski, ktorzy jeszcze przed naszym wstapieniem do Unii pojechali do Londynu podbijac swiat - Bar na Victorii- i wrazenie, jakie ten film we mnie zostawil - to, ze sie strasznie musieli nachodzic - nie majac pieniedzy na bilety - pokonywali cale kwartaly, dzielnice pieszo - i ja mam dzis takie samo wrazenie - choc tutaj naprawde wiekszosc miejsc jest dostepnych na piechote - troche jezdzilismy, troche lazilismy - ale wrazenie mam takie, jakbym przeszla caly Londyn - a to tylko Edynburg kilkadziesiat razy mniejsze miasto, no i mam bilet dzienny w kieszeni.
Najpierw pojechalismy na targi pracy - w miejscu zwanym Corn Exchange - (hala nie pierwszej mlodosci) wystawiono kilkanascie stanowisk pracodawcow, firm doradcow zawodowych, byl uniwersytet i szkola dla poloznych - na samym srodku znajdowalo sie stanowisko armii - do ktorej i tak gdybysmy bardzo chcieli (nie chcielismy) nie moglibysmy legalnie sie zaciagnac.
Siedzieli tam znudzeni, troche zagubieni mezczyzni w mundurach - absolutnie nie niepokojeni przez nikogo. Wystawcow bylo wiecej niz odwiedzajacych - seminaria swiecily pustkami - bardzo mily byl pan z Margaret Hodge Recruitment, pani z Greggsa (siec sklepow z pysznym pieczywem francuskim) poczestowala nas cukierkami, a przedstawicielka "teaching in Scotland" z predkoscia karabinu maszynowego wyrecytowala, co trzeba zrobic, zeby uczyc w Szkocji (przetlumaczyc dyplom, mile widziany jest wykaz przedmiotow z ocenami, zaplacic 90 funtow wyslac i czekac, czy uznaja czy nie - bo moga stwierdzic, ze trzeba sie rok douczac)
Calosc wygladala jak pretekst do wydania budzetu na marketing, zeby zdazyc przed koncem roku - ale kazde doswiadczenie uczy wszak.

Thursday, 25 October 2007

Lokalny akcent

W Jobcentre - gdzie odbywaja sie spotkania w sprawie NIN - na parterze znajduja sie stanowiska komputerowe z dotykowymi ekranami z dostepem do bazy danych ofert pracy - mozna je przegladac, a wybrane wydrukowac i zabrac do domu lub zadzwonic z bezplatnego telefonu, ktory znajduje sie nieopodal do pracodawcy albo na infolinie jobcentre, ktorej konsultanci podaja szczegoly. No i dzis podrukowalam jak szalona, a potem zaczelam dzwonic - roznie to bywalo - jedni mowili wyrazniej, inni mniej - ale jeden facet byl wyjatkowy.
Kiedy slyszy sie tylko glos - z jednej strony jest trudniej, bo nie widac pozawerbalnych sygnalow, ale z drugiej strony one nie rozpraszaja i mozna/trzeba sie skupic na slowach.
No i on mowil w sposob zupelnie niezrozumialy - domyslalam sie tylko, ze jako konsultant infolini jobcentre zadaje pytania w okreslonym porzadku, wiec kontynuowalam z tego co pamietam najpierw podajac swoje nazwisko, date urodzenia itp. - ale nie o to chodzi.
W glosie tego chlopaka slychac bylo - "geez, nienawidze swojej pracy - siedze caly dzien i rozmawiam z dukajacymi cudzoziemcami, jestem stworzony do wyzszych celow" - raczej nie wzielam tego osobiscie, ale zdziwilam sie, ze moze rozmawiam z Dannym Skinnerem.
To bohater "Sekretow sypialni mistrzow kuchni" Irvine Welsha (tego od Trainspotting; fatalnie tlumaczona przez Rybskiego) wzielam z biblioteki,ze wzgledu na miejsce akcji - Edynburg - a glownie Leith - na pograniczu ktorego mieszkamy - choc tak naprawde - wg ksiazki prawdziwe Leith ma kod EH 6 - my jestesmy pod EH 7.
Ksiazka daje wglad pod naskorek Edynburga - odrzuca Szkotow z kobzami, odwija z tartanow, odlupuje turystyczna politure i pokazuje mroczne oblicze edynburczykow - pijakow w rynsztokach, z nosem ubrudzonym kokaina, perwersyjnych cynikow i hedonistow, zupelnie innych niz tych usmiechnietych i milutkich, ktorzy mijaja mnie na ulicy mowiac "sorry". A Edynburg to tez nie widok z pocztowki tylko - "szare, ciemne miasto na polnocy, gdzie mozna tylko chlac".
I to wszystko bylo czuc w tym glosie - Skinner pracuje teraz w infolinii jobcentre.
Uwazajcie na niego!

Wednesday, 24 October 2007

Cebula i ksiazki



Zapisalam sie do biblioteki i korzystam ze zgromadzonych tam ksiazek. Maja skromna poleczke z polskimi nowosciami i bogate zbiory publikacji w hindu, pendzabi i innych egzotycznych jezykach, mozna za drobna oplata wypozyczyc tez film na dvd - np. jedna z produkcji Bollywood.
Ostatnio duzym powodzeniem przy Broughton Road cieszyla sie ksiazka o biednych Irlandczykach emigrujacych do USA droga morska, piora Josepha O'Connora: "Gwiazda morz"- wiadomo, ze w takiej podrozy nie ma to jak cebula - zatem zainspirowani prowadzimy kuchnie antyszkorbutowa i dolaczamy do swojego emigranckiego jadlospisu cebulowe krazki - tanie i zdrowe.
Powyzej reprodukcja obrazu Van Gogha "Jedzacy kartofle" - ale wygladamy rownie dramatycznie jedzac cebule.

zrodlo reprodukcji www.vincentvangoghart.net

Tuesday, 23 October 2007

Nie chce nic sugerowac

ale wszelkie komentarze sa mile widziane. Wylaczylam koniecznosc logowania sie - wiec mozecie pisac jako anonimy!

Monday, 22 October 2007

Bobby i krowa




Duzo dzis chodzilismy po miescie i moja uwage zwrocily akcenty animalistyczne.

Najpierw szlismy ulica Cowgate - co wbrew pozorom nie oznacza Krowiej Bramy - tylko po prostu ul. Krowia (gate to po szkocku ulica), ktora dawniej pedzono bydlo podczas dni targowych.

Przy jednej z glownych ulic - George IV Bridge - stoi figurka przedstawiajaca skye terriera. Upamietnia ona wiernego psa - Bobby'ego, ktory przez 14 lat pilnowal grobu swojego pana, pochowanego na pobliskim Greyfriars Cemetary.
W kazdym razie historia jest autentyczna i doczekala sie nawet ekranizacji przez wytwornie Disneya, a pies statuetki ufundowanej przez miasto.
http://www.greyfriarsbobby.co.uk

Wybory






No i poszlismy na wybory - zastanawiajac sie, czy moze przypadkiem nie uda nam sie w drodze powrotnej pospacerowac po pobliskim Ogrodzie Botanicznym. Nie udalo sie. Ale mysle, ze warto bylo postac - choc wraz zapadajacym zmrokiem robilo sie zimno. Pozartowalismy z innymi oczekujacymi, ponarzekalismy oczywiscie na polska organizacje, zostalismy poczestowani ptasim mleczkiem: transport prosto ze Starego Kraju. Ja troche zazdrosnie patrzylam na pociagajacych whisky z piersiowek. Choc szczerze nie znosze.

Karolajn

Wydawalo mi sie, ze pamietam z kim mam sie spotkac - z Caroline - poszlam na spotkanie o prace, poprosilam o kontakt z Karolajn - z kim? aaa z Karolyn - ok powiedziala zapytana osoba i gdzies zadzwonila po czym udzielila mi wskazowek, gdzie sie udac - po drodze spytalam sie jeszcze jednej Pani, czy jestem na dobrej drodze do Karolyn - aaa Karolajn - powinna byc tu i tu - gdy w koncu dotarlam do miejsca, gdzie byly trzy kobiety nie wiedzialam, o kogo mam pytac - wiec przedstawilam sie sama i powiedzialam, ze mam spotkanie o 11.00.
Spotkanie rowniez bylo mile i rzeczowe - chyba - poniewaz byly fragmenty z przemow Caroline, ktorych nie zrozumialam - okazala sie bowiem rodowita Szkotka - czego o dziwo nie bylo slychac przez telefon.
We'll be in touch - powiedziala Caroline - Zobaczymy.

Spotkanie w Job Centre

W ostatni piatek zanioslam korespondencje Katarzyli wraz z paszportem i wydrukami maili od przyszlych/niedoszlych pracodawcow do Job Centre na rozmowe, podczas ktorej mialam przekonac urzedniczke, ze potrzebuje NIN jak kania dzdzu, ryba wody itp. Job Centre bylo pelne Polakow i Pakistanczykow oczekujacych na swoja kolej.
Rozmowa byla mila i rzeczowa - pani stwierdzila, ze aktywnie szukam pracy - i na moje pytanie, czy mozliwe jest nieotrzymanie NIN odpowiedziala, ze owszem, ale jej zdaniem mnie to nie grozi. Podala przyklady osob, ktore przychodza na rozmowe jedynie z paszportem i obiecankami, ze wlasnie maja zaczac szukac pracy od przyszlego tygodnia. Moim atutem byl tez fakt, ze nazajutrz mialam umowione pierwsze interview. Brakiem atutu bylo, ze zapomnialam nazwe firmy. Pamietalam za to adres i imie i nazwisko osoby, z ktora mialam sie spotkac...

Problemy z komunikacja

Aby pracowac w UK nalezy uzyskac tzw. NIN - czyli National Insurance Number. Procedura uzyskiwania tegoz nie jest skomplikowana - trzeba zadzownic pod specjalny numer do Job Centre, odpowiedziec na pytania, kiedy sie przyjechalo i do kiedy mniej wiecej chce sie zostac i czy naprawde ten numer jest nam niezbedny do szczescia - konsultant wyznacza date spotkania i wysyla list, w ktorym podaje szczegoly typu jakie dokumenty przyniesc, gdzie i kiedy sie zjawic.
Zadzwonilam chyba dwa dni po przyjezdzie i dumna z siebie, ze udalo mi sie wszystko zrozumiec oczekiwalam na list. Jednym z dokumentow potrzebnych podczas spotkania jest bowiem potwierdzenie adresu, a takim moze byc korespondencja przychodzaca na nasze nazwisko pod podany adres. List nie przychodzil, wiec w tak zwanym miedzyczasie poszlam zapisac sie do biblioteki, gdzie takie potwierdzenie tez jest potrzebne z tym, ze kiedy sie nie dysponuje zadnym listem - oni sami moga taki wyslac.
Zatem czekalam na korespondencje sledzac z okna czerwone furgonetki Royal Mail i osoby w firmowych kurtkach. Jedna, a wlasciwie jednego zdybalam na schodach napastujac i domagajac sie wydania poczty dla mieszkancow nr 4, ale okazalo sie, ze to sasiad wracajacy z pracy do domu.
Oczywiscie nerwowo wydzwanialam do Job Centre badajac, czy dobrze przeliterowalam adresy, imiona i nazwiska i wszystko wydawalo sie ok - poprosilam tez o pomoc Franka.
Wkrotce okazalo sie, ze Royal Mail strajkuje - a gdy w koncu dostarczyla tak dlugo wyczekiwany list adresatem byla Katarzyla J...

Sunday, 14 October 2007

Nad morzem




Kiedy rozstalam sie z zaba - bez zalu - zadzwonil Robert z propozycja Marcina dot. wspolnej wycieczki nad morze. Pojechalismy na piekna piaszczysta plaze i prawie wcale nie podziwialismy zachodu slonca tylko gadalismy.
Zauwazylam, ze prawie na wszystkich zdjeciach wykonanych do tej pory mam ze soba torebke - wyglada na to, ze sie z nia nie rozstaje. Jak Mama Muminka.

Królewski Ogród Botaniczny


Jako, ze juz trzeci raz wpisuje ten tekst za kazdym razem znika on tajemniczo - wiec napisze tylko, ze bylam dzis w Royal Botanic Garden, gdzie roilo sie od szarych bezczelnych wiewiorek i zwiedzajacych. Bezczelnosc wiewiorek polega na tym, ze udaja niesmiale. podskakuja skradajac sie - ale nie przeszkadza im to w wyrywaniu ludziom pozywienia z rak.
Jako, ze zblizala sie godzina zamkniecia ogrodu zdazylam zobaczyc szklarnie, palmiarnie i wielki zywoplot z ostrokrzewu. Ostrokrzew - jak wiem z ksiazki Edith Nesbit opisujacej przygody rodzenstwa Bastable'ow jest swietny do robienia swiatecznego puddingu - mysle, ze ten tutaj zaspokoilby potrzeby na wszystkie swieta przez dobrych pare lat.
W szklarni widzialam tez jedna z najdziwniejszych i najbardziej odstreczajacyh rzeczy w moim zyciu. W dziale z podwodnymi roslinami mieszka afrykanska zaba albinoska i biedaczka jest okropna. Mam nadzieje, ze nie przysni mi sie w nocy.

Złota szkocka jesień





Wyglada na to, ze mamy zlota szkocka jesień - jak powiedział Robert

Dustbusters


Zeby podtrzymac wizerunek Polakow sprzatajacych na Zachodzie postanowilismy zalozyc firme o wdziecznej nzwie Dustbusters - niestety podczas spaceru po miescie okazalo sie, ze nazwa i logo sa juz zajete. Przymajmniej w Edynburgu Dustbusters maja sie dobrze.
Trzeba myslec dalej.

Saturday, 13 October 2007

Edynburg


Jako, ze poprzednie posty przedstawiaja tzw czas biezacy - a jak wiemy jest prawda czasu i prawda ekranu - to wykonujac mala retrospekcje przypominam sobie jak to bylo na poczatku - tak, tak to juz tydzien minal - kiedy czekalam na Roberta przy lotniskowej kaplicy, a potem jechalismy przez sloneczne miasto podziwiajac widoki - choc z uwagi na nadbagaz z nizszego poziomu, bo walizki nijak nie dalo sie wciagnac na gore.
Od razu mi sie spodobalo. Z samolotu widzialam Most Forth i wysepke z ruinami zamku, a potem ledwo zrozumialam kierowce w autobusie - wiec to musiala byc Szkocja.

Record PM

Kiedy wracam z centrum do domu (choc wlasciwie mieszkamy w centrum, bo w Edynburgu wiekszosc miejsc jest dostepna na piechote) - przechodze kolo dwoch wielkich metalowych zyraf i kolo teatru, gdzie wlasnie na afisz weszly "Koty" (to informacja dla zainteresowanych musicalami - podobno jest to super widowisko - czekam na wiarygodna recebzje - wiarygodna to znaczy kogos z Was). W kazdym razie w okolicy zyraf i kotow o godzinie pm stoi Pan i rozdaje Record PM - darmowa popoludniowke, ktora chetnie zabieram ze soba do domu. (Rosnie mala sterta - ale obiecuje, ze niedlugo wyniose wszystko do specjalnego pojemnika na papier).
Record PM jest pelna roznego rodzaju wiadomosci - z tylu ma krzyzowke - w ktorej co ciekawe z dnia na dzien udaje mi sie odgadnac srednio jedno slowo wiecej (zaczynalam od jednego).
Pisza tez duzo o sporcie, ale Artur Boruc nie mial ostatnio dobrych notowan, bo sie nie popisal przy wolnym, czy cos takiego.
Bardzo ciekawa wydala mi sie historia o 31-latku, ktory wytatuowal sobie na plecach dwie corki i zone - a wkrotce okazalo sie, ze zona opuscila go z trenerem z silowni, kolega z pracy. I co teraz - powstaje pytanie - porzucony odpowiada - zawsze moge mowic, ze to moja trzecia corka...
Uwielbiam brukowce.

Wystawa

Wybralam sie dzis do Galerii Narodowej, zeby obejrzec reklamowana wielkimi plakatami wystawe Williama Blake'a. Trzeba wiedziec, ze Galerie Narodowe przy Princes Street to dwa neoklasycystyczne budynki teoretycznie polaczone podziemiami - a w praktyce, jak sie okazalo nie. W kazdym razie obeszlam je tez dookola, weszlam na pietro, gdzie byli Rafael i Cranach, ale po Blake'u ani sladu. (Jeden z panow pilnujacych obrazow i porzadku siedzial na okazalym krzesle i na kawalku papieru szkicowal konia - z glowy zupelnie).
W kazdym razie okazalo sie, ze nie jestem w swojej wedrowce odosobniona, bo razem ze mna wedrowala para prosto z zakupow z jednego z pobliskich domow towarowych - niosaca wielkie torby z napisem"Jenners" - widocznie chcieli zobaczyc nie tylko galerie handlowe.
W koncu spytalismy sie Pana Z Obslugi i podazylismy z powrotem. (Cale muzeum bylo w sumie pelne ludzi z zakupami).
Okazalo sie, ze trop prowadzil, do polozonej na najnizszym poziomie galerii malarstwa szkockiego. Tam na przeciwko wejscia widniala strzalka z napisem Blake - udalam sie w kierunku przez nia wskazywanym - zrobilam kolko, by znalezc sie w punkcie wyjscia.
Oczywsicie, ze szukalam kolorowych obrazkow - a tym razem byly to zgromadzone na jednej scianie grafiki - ilustracje do
Ksiegi Hioba
Jak na tyle szukania to znalezisko nie bylo satysfakcjonujace - a na jednej z ilustracji znalazlam literowke.
Ale to chyba dlatego, ze w ogole nie przepadam za Blake'iem.

start

raz dwa trzy, proba mikrofonu