Wednesday, 14 November 2007

Koko is back

Koko wlasnie wrocilo z pracy. Trzeci dzien. Nie bylo zle.

W poniedzialek zerwalam sie - nawet nie bladym switem - bo to nie musialoby byc takie zle - w poniedzialek zerwalam sie czarnym switem i wyruszylam (odprowadzajac Roberta do autobusu na lotnisko). Oczywiscie bylam na miejscu za wczesnie - ale wiadomo - lepiej wczesnie niz pozno. Powoli ze wszystkich stron zaczely sie schodzic towrzyszki - w sumie bylo nas 4 - oprocz mnie 2 Polki: Monika i Lucyna i Slowaczka Andrea. Ze wzgledu na Andree rozmawialysmy caly czas po angielsku - a mialysmy duzo czasu na rozmowy, bo choc powiedziano nam, ze mamy byc o 6.45 przed biurem - menedzer o imieniu Alistair przyjechal o 7.15. Z czarnego samochodu wygladala tylko jego ptasia lysa glowa z haczykowatym nosem - wiec nie bylo mi do smiechu - zwlaszcza, ze juz widzialam w wyobrazni jak przenosze talerze zgrabialymi, po polgodzinnym staniu w zimnie, rekami - czerwonymi jak u Wokulskiego po Syberii.
Pojechalismy do Ratho Centre , gdzie Sky TV prala mozgi swoim pracownikom majacym sprzedawac pakiety programow czy cos takiego. Kiedy weszlam tam z czystymi szklankami chodzili w kolko przy muzyce - a prowadzacy przez mikrofon mowil im, jaki to wspanialy produkt maja do zaoferowania. Nasza praca polegala na podawaniu kawy, herbaty, przekasek - na zasadzie szwedzkiego bufetu - wiec raczej nie bylo to trudne. W miedzyczasie poznalam dzialanie przemyslowej zmywarki, ktora wyparza naczynia w 5 minut i ogolnie - Edynburg od kuchni.
Ale bardzo dobrze mi sie z dziewczynami pracowalo. Wtorek byl kolejnym dniem szkolenia - ale na pietrze nie bylysmy juz same z nasza Sky TV - bo impreze mialo tez TESCO prezentujac na swojego rodzaju targach produkty pt. "dobre, bo szkockie". Naszym faworytem zostal pan (dosc przystojny) ze stoiska z kartoflami. Stal jak przyklejony do swojego stanowiska i po prostu byl - kartofle tez. Po zakonczonych targach podarowano nam niektore produkty - ale mimo sympatii do prezentera nikt sie nie polasil na worki kartofli. Za to dostalam zgrabna kosmetyczke, ktora, jak sie okazalo - zawierala maslo i zestaw jogurtow.
TESCO tez obslugiwala nasza firma mialam wiec okazje poznac inne osoby - miedzy innymi Natalie z Argentyny, z ktora pracowalam dzis na wyscigach i dwie Chinki. Jedna znaczna czesc czasu - domniemuje, ze przerwy - spedzila w naszym "biurze" spiac na kupce plaszczy, z glowa na plastikowej torbie, chrapiac.

Dzisiejsze wyscigi to impreza nauczycieli z regionu East Lothian - oczywiscie w kuluarach nie obylo sie bez rozmow pt. "za czyje to pieniadze?" - wiadomo Councilu - czyli lokalnych wladz. Pytanie zadawala Pat - nasza dzisiejsza "kierowniczka zmiany" - przemila siwa Szkotka ok. 60 - niestety polowy z jej przemow nie zrozumialam. Zrozumialam za to jej "We're only human", kiedy zbilam dwie filizanki. Pierwsze i ostatnie, mam nadzieje.
Trzecia kelnerka byla Hiszpanka- ktora nazywala sie oczywiscie Maria Gonzalez i zabrala mi koszule. Na serio to mialysmy sie przebrac w dostarczone przez firme czarne koszule, na to czarne kelnerskie fartuchy i czerwone krawaty. Maria na pierwszy rzut oka rozmiar L - po prostu bardzo wysoka - wbila sie w S, a ja powiewalam rekawami eLki, bo nikomu nie chcialo sie juz 1000 razy przebierac.
Pat zostawila nas same i pojechala nadzorowac nastepna impreze na Zamku.
No i pozwolila nam zabrac do domu drogocenne kanapki, ktorych nie zmogli nauczyciele. Council widocznie ma duzo pieniedzy - albo dba o swoich pracownikow - albo jedno i drugie.
A dziewczyny z mojej wczorajszej zmiany pracowaly dzis na rozdaniu nagrod muzycznych Radia Forth

No comments: