Wednesday, 31 October 2007

Halloween

Dzis Halloween - w koncu kulminacja, do ktorej przygotowywano sie juz od poczatkow pazdziernika zdobiac sklepy pajakami i czaszkami, wypiekajac paczki pokryte niby pajeczyna i stawiajac wszedzie wykrojone na ksztalt twarzy dynie.
Record PM pisze, ze policja zwraca sie do rodzicow z prosba o nieubieranie dzieci w zbyt przerazajace stroje - podobno w poprzednich latach byla czesto wzywana do przestraszonych starszych ludzi atakowanych w swych domach przez duchy i gobliny w przescieradlach; stwory domagaly sie slodyczy.
Zobaczymy, co sie bedzie dzialo.

Pare godzin pozniej

Okolo 18.30 do drzwi zapukaly dwa nastoletnie koty - niesmialo mowiac trick or treat - Frank poczestowal je batonikami.
Za oknem trwalo quiet neighbourhood - jak powiedzial taksowkarz odwozacy kiedys wieczorem Franka do domu - Rosebank Cemetary.
Co sie dzialo w mieszkaniu mozna zobczyc u Roberta

Sunday, 28 October 2007

Ateny Polnocy


Takaz to nazwe nosi Edynburg - jesli chodzi o wizualne porownanie to nie znajduje podstaw do wymieniania tych miast obok siebie - no niby, ze polozone na wzgorzach - a Leith to port jak Pireus. Byc moze - ciekawe sa te porowanania miast - Wenecja Polnocy np - dlaczego nikt nie mowi Petersburg Poludnia albo Edynburg Poludnia?
A ze kazde porzadne Ateny musza miec swoj Partenon to taki zaczeto budowac na Calton Hill - jako narodowy monument poswiecony Szkotom poleglym w wojnach napoleonskich. Ale nigdy nie skonczono.
p.s. Pogoda jak widac jest caly czas swietna - wiatr urywa glowe tylko troche.

Friday, 26 October 2007

ECA





Ten skrot nie mowil mi nic - az do dzisiaj - ECA to Edynburg College of Art - ktory wlasnie (powinnam napisac "otworzyl swoje podwoje" - ale na serio i na trzezwo nie da rady, wiec napisze inaczej) zorganizowal dzien otwarty.
Zaraz przy wejsciu do - neoklasycystycznego - jakzeby inaczej - budynku kazdy dostawal od ubranej w rozowa koszulke osoby z obslugi - pakiet startowy- w reklamowce byl plan dnia - mapka uczelni, bardzo porzadnie zaprojektowany folder szkoly i vouchery na kawe w kantynie. W duzej sali zorganizowano stanowiska informacyjne roznych kierunkow - Tkanina, Projektowanie Graficzne, Ilustracja, Fotografia, Malarstwo itp. Mozna bylo dolaczyc do przewodnika/przewodniczki, ktory prowadzil do wybranych wydzialow.
Pracownie sa swietnie urzadzone i zaplanowane - kazdy ma duza przestrzen do pracy, ktora moze zagospodarowac wedle swoich potrzeb - stanowiska sa przypisane do danych osob. Oczywiscie - jesli komputery - to wszyscy pracuja na Macach - a przez wielkie okna widza zamek. Bardzo fajna ta szkola. Moze uzbierac na cos?

Targi pracy


byl kiedys taki film dokumentalny o 2 emigrantach z Polski, ktorzy jeszcze przed naszym wstapieniem do Unii pojechali do Londynu podbijac swiat - Bar na Victorii- i wrazenie, jakie ten film we mnie zostawil - to, ze sie strasznie musieli nachodzic - nie majac pieniedzy na bilety - pokonywali cale kwartaly, dzielnice pieszo - i ja mam dzis takie samo wrazenie - choc tutaj naprawde wiekszosc miejsc jest dostepnych na piechote - troche jezdzilismy, troche lazilismy - ale wrazenie mam takie, jakbym przeszla caly Londyn - a to tylko Edynburg kilkadziesiat razy mniejsze miasto, no i mam bilet dzienny w kieszeni.
Najpierw pojechalismy na targi pracy - w miejscu zwanym Corn Exchange - (hala nie pierwszej mlodosci) wystawiono kilkanascie stanowisk pracodawcow, firm doradcow zawodowych, byl uniwersytet i szkola dla poloznych - na samym srodku znajdowalo sie stanowisko armii - do ktorej i tak gdybysmy bardzo chcieli (nie chcielismy) nie moglibysmy legalnie sie zaciagnac.
Siedzieli tam znudzeni, troche zagubieni mezczyzni w mundurach - absolutnie nie niepokojeni przez nikogo. Wystawcow bylo wiecej niz odwiedzajacych - seminaria swiecily pustkami - bardzo mily byl pan z Margaret Hodge Recruitment, pani z Greggsa (siec sklepow z pysznym pieczywem francuskim) poczestowala nas cukierkami, a przedstawicielka "teaching in Scotland" z predkoscia karabinu maszynowego wyrecytowala, co trzeba zrobic, zeby uczyc w Szkocji (przetlumaczyc dyplom, mile widziany jest wykaz przedmiotow z ocenami, zaplacic 90 funtow wyslac i czekac, czy uznaja czy nie - bo moga stwierdzic, ze trzeba sie rok douczac)
Calosc wygladala jak pretekst do wydania budzetu na marketing, zeby zdazyc przed koncem roku - ale kazde doswiadczenie uczy wszak.

Thursday, 25 October 2007

Lokalny akcent

W Jobcentre - gdzie odbywaja sie spotkania w sprawie NIN - na parterze znajduja sie stanowiska komputerowe z dotykowymi ekranami z dostepem do bazy danych ofert pracy - mozna je przegladac, a wybrane wydrukowac i zabrac do domu lub zadzwonic z bezplatnego telefonu, ktory znajduje sie nieopodal do pracodawcy albo na infolinie jobcentre, ktorej konsultanci podaja szczegoly. No i dzis podrukowalam jak szalona, a potem zaczelam dzwonic - roznie to bywalo - jedni mowili wyrazniej, inni mniej - ale jeden facet byl wyjatkowy.
Kiedy slyszy sie tylko glos - z jednej strony jest trudniej, bo nie widac pozawerbalnych sygnalow, ale z drugiej strony one nie rozpraszaja i mozna/trzeba sie skupic na slowach.
No i on mowil w sposob zupelnie niezrozumialy - domyslalam sie tylko, ze jako konsultant infolini jobcentre zadaje pytania w okreslonym porzadku, wiec kontynuowalam z tego co pamietam najpierw podajac swoje nazwisko, date urodzenia itp. - ale nie o to chodzi.
W glosie tego chlopaka slychac bylo - "geez, nienawidze swojej pracy - siedze caly dzien i rozmawiam z dukajacymi cudzoziemcami, jestem stworzony do wyzszych celow" - raczej nie wzielam tego osobiscie, ale zdziwilam sie, ze moze rozmawiam z Dannym Skinnerem.
To bohater "Sekretow sypialni mistrzow kuchni" Irvine Welsha (tego od Trainspotting; fatalnie tlumaczona przez Rybskiego) wzielam z biblioteki,ze wzgledu na miejsce akcji - Edynburg - a glownie Leith - na pograniczu ktorego mieszkamy - choc tak naprawde - wg ksiazki prawdziwe Leith ma kod EH 6 - my jestesmy pod EH 7.
Ksiazka daje wglad pod naskorek Edynburga - odrzuca Szkotow z kobzami, odwija z tartanow, odlupuje turystyczna politure i pokazuje mroczne oblicze edynburczykow - pijakow w rynsztokach, z nosem ubrudzonym kokaina, perwersyjnych cynikow i hedonistow, zupelnie innych niz tych usmiechnietych i milutkich, ktorzy mijaja mnie na ulicy mowiac "sorry". A Edynburg to tez nie widok z pocztowki tylko - "szare, ciemne miasto na polnocy, gdzie mozna tylko chlac".
I to wszystko bylo czuc w tym glosie - Skinner pracuje teraz w infolinii jobcentre.
Uwazajcie na niego!

Wednesday, 24 October 2007

Cebula i ksiazki



Zapisalam sie do biblioteki i korzystam ze zgromadzonych tam ksiazek. Maja skromna poleczke z polskimi nowosciami i bogate zbiory publikacji w hindu, pendzabi i innych egzotycznych jezykach, mozna za drobna oplata wypozyczyc tez film na dvd - np. jedna z produkcji Bollywood.
Ostatnio duzym powodzeniem przy Broughton Road cieszyla sie ksiazka o biednych Irlandczykach emigrujacych do USA droga morska, piora Josepha O'Connora: "Gwiazda morz"- wiadomo, ze w takiej podrozy nie ma to jak cebula - zatem zainspirowani prowadzimy kuchnie antyszkorbutowa i dolaczamy do swojego emigranckiego jadlospisu cebulowe krazki - tanie i zdrowe.
Powyzej reprodukcja obrazu Van Gogha "Jedzacy kartofle" - ale wygladamy rownie dramatycznie jedzac cebule.

zrodlo reprodukcji www.vincentvangoghart.net

Tuesday, 23 October 2007

Nie chce nic sugerowac

ale wszelkie komentarze sa mile widziane. Wylaczylam koniecznosc logowania sie - wiec mozecie pisac jako anonimy!

Monday, 22 October 2007

Bobby i krowa




Duzo dzis chodzilismy po miescie i moja uwage zwrocily akcenty animalistyczne.

Najpierw szlismy ulica Cowgate - co wbrew pozorom nie oznacza Krowiej Bramy - tylko po prostu ul. Krowia (gate to po szkocku ulica), ktora dawniej pedzono bydlo podczas dni targowych.

Przy jednej z glownych ulic - George IV Bridge - stoi figurka przedstawiajaca skye terriera. Upamietnia ona wiernego psa - Bobby'ego, ktory przez 14 lat pilnowal grobu swojego pana, pochowanego na pobliskim Greyfriars Cemetary.
W kazdym razie historia jest autentyczna i doczekala sie nawet ekranizacji przez wytwornie Disneya, a pies statuetki ufundowanej przez miasto.
http://www.greyfriarsbobby.co.uk

Wybory






No i poszlismy na wybory - zastanawiajac sie, czy moze przypadkiem nie uda nam sie w drodze powrotnej pospacerowac po pobliskim Ogrodzie Botanicznym. Nie udalo sie. Ale mysle, ze warto bylo postac - choc wraz zapadajacym zmrokiem robilo sie zimno. Pozartowalismy z innymi oczekujacymi, ponarzekalismy oczywiscie na polska organizacje, zostalismy poczestowani ptasim mleczkiem: transport prosto ze Starego Kraju. Ja troche zazdrosnie patrzylam na pociagajacych whisky z piersiowek. Choc szczerze nie znosze.

Karolajn

Wydawalo mi sie, ze pamietam z kim mam sie spotkac - z Caroline - poszlam na spotkanie o prace, poprosilam o kontakt z Karolajn - z kim? aaa z Karolyn - ok powiedziala zapytana osoba i gdzies zadzwonila po czym udzielila mi wskazowek, gdzie sie udac - po drodze spytalam sie jeszcze jednej Pani, czy jestem na dobrej drodze do Karolyn - aaa Karolajn - powinna byc tu i tu - gdy w koncu dotarlam do miejsca, gdzie byly trzy kobiety nie wiedzialam, o kogo mam pytac - wiec przedstawilam sie sama i powiedzialam, ze mam spotkanie o 11.00.
Spotkanie rowniez bylo mile i rzeczowe - chyba - poniewaz byly fragmenty z przemow Caroline, ktorych nie zrozumialam - okazala sie bowiem rodowita Szkotka - czego o dziwo nie bylo slychac przez telefon.
We'll be in touch - powiedziala Caroline - Zobaczymy.

Spotkanie w Job Centre

W ostatni piatek zanioslam korespondencje Katarzyli wraz z paszportem i wydrukami maili od przyszlych/niedoszlych pracodawcow do Job Centre na rozmowe, podczas ktorej mialam przekonac urzedniczke, ze potrzebuje NIN jak kania dzdzu, ryba wody itp. Job Centre bylo pelne Polakow i Pakistanczykow oczekujacych na swoja kolej.
Rozmowa byla mila i rzeczowa - pani stwierdzila, ze aktywnie szukam pracy - i na moje pytanie, czy mozliwe jest nieotrzymanie NIN odpowiedziala, ze owszem, ale jej zdaniem mnie to nie grozi. Podala przyklady osob, ktore przychodza na rozmowe jedynie z paszportem i obiecankami, ze wlasnie maja zaczac szukac pracy od przyszlego tygodnia. Moim atutem byl tez fakt, ze nazajutrz mialam umowione pierwsze interview. Brakiem atutu bylo, ze zapomnialam nazwe firmy. Pamietalam za to adres i imie i nazwisko osoby, z ktora mialam sie spotkac...

Problemy z komunikacja

Aby pracowac w UK nalezy uzyskac tzw. NIN - czyli National Insurance Number. Procedura uzyskiwania tegoz nie jest skomplikowana - trzeba zadzownic pod specjalny numer do Job Centre, odpowiedziec na pytania, kiedy sie przyjechalo i do kiedy mniej wiecej chce sie zostac i czy naprawde ten numer jest nam niezbedny do szczescia - konsultant wyznacza date spotkania i wysyla list, w ktorym podaje szczegoly typu jakie dokumenty przyniesc, gdzie i kiedy sie zjawic.
Zadzwonilam chyba dwa dni po przyjezdzie i dumna z siebie, ze udalo mi sie wszystko zrozumiec oczekiwalam na list. Jednym z dokumentow potrzebnych podczas spotkania jest bowiem potwierdzenie adresu, a takim moze byc korespondencja przychodzaca na nasze nazwisko pod podany adres. List nie przychodzil, wiec w tak zwanym miedzyczasie poszlam zapisac sie do biblioteki, gdzie takie potwierdzenie tez jest potrzebne z tym, ze kiedy sie nie dysponuje zadnym listem - oni sami moga taki wyslac.
Zatem czekalam na korespondencje sledzac z okna czerwone furgonetki Royal Mail i osoby w firmowych kurtkach. Jedna, a wlasciwie jednego zdybalam na schodach napastujac i domagajac sie wydania poczty dla mieszkancow nr 4, ale okazalo sie, ze to sasiad wracajacy z pracy do domu.
Oczywiscie nerwowo wydzwanialam do Job Centre badajac, czy dobrze przeliterowalam adresy, imiona i nazwiska i wszystko wydawalo sie ok - poprosilam tez o pomoc Franka.
Wkrotce okazalo sie, ze Royal Mail strajkuje - a gdy w koncu dostarczyla tak dlugo wyczekiwany list adresatem byla Katarzyla J...

Sunday, 14 October 2007

Nad morzem




Kiedy rozstalam sie z zaba - bez zalu - zadzwonil Robert z propozycja Marcina dot. wspolnej wycieczki nad morze. Pojechalismy na piekna piaszczysta plaze i prawie wcale nie podziwialismy zachodu slonca tylko gadalismy.
Zauwazylam, ze prawie na wszystkich zdjeciach wykonanych do tej pory mam ze soba torebke - wyglada na to, ze sie z nia nie rozstaje. Jak Mama Muminka.

Królewski Ogród Botaniczny


Jako, ze juz trzeci raz wpisuje ten tekst za kazdym razem znika on tajemniczo - wiec napisze tylko, ze bylam dzis w Royal Botanic Garden, gdzie roilo sie od szarych bezczelnych wiewiorek i zwiedzajacych. Bezczelnosc wiewiorek polega na tym, ze udaja niesmiale. podskakuja skradajac sie - ale nie przeszkadza im to w wyrywaniu ludziom pozywienia z rak.
Jako, ze zblizala sie godzina zamkniecia ogrodu zdazylam zobaczyc szklarnie, palmiarnie i wielki zywoplot z ostrokrzewu. Ostrokrzew - jak wiem z ksiazki Edith Nesbit opisujacej przygody rodzenstwa Bastable'ow jest swietny do robienia swiatecznego puddingu - mysle, ze ten tutaj zaspokoilby potrzeby na wszystkie swieta przez dobrych pare lat.
W szklarni widzialam tez jedna z najdziwniejszych i najbardziej odstreczajacyh rzeczy w moim zyciu. W dziale z podwodnymi roslinami mieszka afrykanska zaba albinoska i biedaczka jest okropna. Mam nadzieje, ze nie przysni mi sie w nocy.

Złota szkocka jesień





Wyglada na to, ze mamy zlota szkocka jesień - jak powiedział Robert

Dustbusters


Zeby podtrzymac wizerunek Polakow sprzatajacych na Zachodzie postanowilismy zalozyc firme o wdziecznej nzwie Dustbusters - niestety podczas spaceru po miescie okazalo sie, ze nazwa i logo sa juz zajete. Przymajmniej w Edynburgu Dustbusters maja sie dobrze.
Trzeba myslec dalej.

Saturday, 13 October 2007

Edynburg


Jako, ze poprzednie posty przedstawiaja tzw czas biezacy - a jak wiemy jest prawda czasu i prawda ekranu - to wykonujac mala retrospekcje przypominam sobie jak to bylo na poczatku - tak, tak to juz tydzien minal - kiedy czekalam na Roberta przy lotniskowej kaplicy, a potem jechalismy przez sloneczne miasto podziwiajac widoki - choc z uwagi na nadbagaz z nizszego poziomu, bo walizki nijak nie dalo sie wciagnac na gore.
Od razu mi sie spodobalo. Z samolotu widzialam Most Forth i wysepke z ruinami zamku, a potem ledwo zrozumialam kierowce w autobusie - wiec to musiala byc Szkocja.

Record PM

Kiedy wracam z centrum do domu (choc wlasciwie mieszkamy w centrum, bo w Edynburgu wiekszosc miejsc jest dostepna na piechote) - przechodze kolo dwoch wielkich metalowych zyraf i kolo teatru, gdzie wlasnie na afisz weszly "Koty" (to informacja dla zainteresowanych musicalami - podobno jest to super widowisko - czekam na wiarygodna recebzje - wiarygodna to znaczy kogos z Was). W kazdym razie w okolicy zyraf i kotow o godzinie pm stoi Pan i rozdaje Record PM - darmowa popoludniowke, ktora chetnie zabieram ze soba do domu. (Rosnie mala sterta - ale obiecuje, ze niedlugo wyniose wszystko do specjalnego pojemnika na papier).
Record PM jest pelna roznego rodzaju wiadomosci - z tylu ma krzyzowke - w ktorej co ciekawe z dnia na dzien udaje mi sie odgadnac srednio jedno slowo wiecej (zaczynalam od jednego).
Pisza tez duzo o sporcie, ale Artur Boruc nie mial ostatnio dobrych notowan, bo sie nie popisal przy wolnym, czy cos takiego.
Bardzo ciekawa wydala mi sie historia o 31-latku, ktory wytatuowal sobie na plecach dwie corki i zone - a wkrotce okazalo sie, ze zona opuscila go z trenerem z silowni, kolega z pracy. I co teraz - powstaje pytanie - porzucony odpowiada - zawsze moge mowic, ze to moja trzecia corka...
Uwielbiam brukowce.

Wystawa

Wybralam sie dzis do Galerii Narodowej, zeby obejrzec reklamowana wielkimi plakatami wystawe Williama Blake'a. Trzeba wiedziec, ze Galerie Narodowe przy Princes Street to dwa neoklasycystyczne budynki teoretycznie polaczone podziemiami - a w praktyce, jak sie okazalo nie. W kazdym razie obeszlam je tez dookola, weszlam na pietro, gdzie byli Rafael i Cranach, ale po Blake'u ani sladu. (Jeden z panow pilnujacych obrazow i porzadku siedzial na okazalym krzesle i na kawalku papieru szkicowal konia - z glowy zupelnie).
W kazdym razie okazalo sie, ze nie jestem w swojej wedrowce odosobniona, bo razem ze mna wedrowala para prosto z zakupow z jednego z pobliskich domow towarowych - niosaca wielkie torby z napisem"Jenners" - widocznie chcieli zobaczyc nie tylko galerie handlowe.
W koncu spytalismy sie Pana Z Obslugi i podazylismy z powrotem. (Cale muzeum bylo w sumie pelne ludzi z zakupami).
Okazalo sie, ze trop prowadzil, do polozonej na najnizszym poziomie galerii malarstwa szkockiego. Tam na przeciwko wejscia widniala strzalka z napisem Blake - udalam sie w kierunku przez nia wskazywanym - zrobilam kolko, by znalezc sie w punkcie wyjscia.
Oczywsicie, ze szukalam kolorowych obrazkow - a tym razem byly to zgromadzone na jednej scianie grafiki - ilustracje do
Ksiegi Hioba
Jak na tyle szukania to znalezisko nie bylo satysfakcjonujace - a na jednej z ilustracji znalazlam literowke.
Ale to chyba dlatego, ze w ogole nie przepadam za Blake'iem.

start

raz dwa trzy, proba mikrofonu